Hiszpania formalnie przewodniczy od 1 stycznia pracom Unii, ale Jose Luis Rodriguez Zapatero – już nie. Rząd w Madrycie przez pierwsze sześć miesięcy 2010 r. będzie wyznaczał priorytety, wysuwał postulaty, organizował spotkania, lecz sam szef rządu może co najwyżej powitać gości przybyłych na szczyt oraz przypilnować, by na stołach nie zabrakło paluszków i wody mineralnej. Traktat lizboński sprawił, iż Zapatero musiał ustąpić miejsca Hermanowi Van Rompuyowi, pierwszemu stałemu przewodniczącemu Rady Europejskiej. Przywódca hiszpańskich socjalistów ma po prostu pecha, bo to na jego skórze jest właśnie testowany nowy podział ról w unijnych instytucjach. I to testowany boleśnie.
A jak Zapatero chciał rzucić pomysł "Planu 2020" zakładający superrozwój Europy w ciągu 10 następnych lat. Plan dziesięcioletni - skąd my to pamiętamy? A kto by się ociągał z dawaniem kasy na zielone paliwa i takie tam hobbystyczne zainteresowania Zapka, to Brukselka by waliła KARY! a co na to Niemcy?
Suwerenność… rządy narodowe… drastyczna ingerencja z Brukseli… Już słyszeliśmy takie slogany, czytaliśmy tu i ówdzie podobne eurofobiczne frazesy. To przecież język eurosceptyków, nacjonalistów, konserwatystów, chcących zniszczyć nasze wspólne marzenie o zjednoczonej i silnej Europie. Retoryka braci Kaczyńskich, Vaclava Klausa i Davida Camerona, używana w minionym roku często i gęsto przez zajadłych wrogów traktatu lizbońskiego. Dlaczego zatem odnajdujemy ją w poważnej, euroentuzjastycznej, niemieckiej gazecie?Być może ma to związek z pytaniem, które padło kilka akapitów wyżej: kto rządzi dzisiaj w Europie?
W kontekście wyżej opisanych perypetii Jose Luisa Zapatero odpowiedź wydaje się jasna: głównym rozgrywającym są Niemcy. Największy płatnik netto do unijnego budżetu, który wyciąga z otchłani zacofania Polskę, Portugalię, Bułgarię i kilka innych krajów, wymagający więc dla siebie szacunku i lepszego traktowania. Niemcy walczyli zaciekle o traktat lizboński, bo daje im on wreszcie polityczną siłę, przynależną największemu i najbogatszemu państwu Unii. Ograniczenie do minimum obszarów, w których UE podejmuje decyzje jednogłośnie, stwarza im ogromne pole manewru. Nie muszą już oglądać się na grymaszenie Brytyjczyków, ba, w sprzyjających okolicznościach mogą nawet pozwolić sobie na otwarty konflikt z Francją, pod warunkiem że będą w stanie skonstruować odpowiednią koalicję. Ale przecież sojusze zawiązuje się dużo łatwiej, gdy ma się w ręku marchewkę.
Być może dlatego Niemcy zareagowali oburzeniem na propozycję Zapatero. Obok niemieckiej marchewki pojawiłby się bowiem solidny brukselski kij, który stanowiłby przeciwwagę dla wpływów Berlina. Mało tego, ten kij mógłby przecież uderzyć w same Niemcy, gdyby się okazało, że rząd pani kanclerz Merkel musi przeznaczyć, dajmy na to, kilka miliardów euro na walkę z płacową dyskryminacją kobiet.
Jedno tupnięcie wystarczyło, by plan Zapatero rozpłynął się w powietrzu, co świadczy o niezwykłej sile perswazji szefa niemieckiego resortu gospodarki.
A jeśli chodzi o traktat lizboński i wspólne ponadnarodowe interesy EUROPEJSKIE (a jakże! zapamiętajmy, by jak najczęściej używać "europejski" niż "niemiecki","polski", czy "francuski") to warto przeczytać ten fragment:
Niemcy są krajem pragmatycznym, prowadzącym normalną, konsekwentną i bardzo skuteczną politykę zagraniczną, której głównym celem jest obrona niemieckich interesów gospodarczych na świecie.
Gdy z owej polityki zdrapać warstwę unijnej nowomowy i spojrzeć chłodnym okiem, okazałoby się, że działania Berlina nie mają wiele wspólnego z mitycznymi „wspólnym wartościami unijnym”, za to całkiem sporo z inwestycjami niemieckich koncernów (proszę nie odbierać tych słów jako krytyki: takie związki, podkreślmy raz jeszcze, są w stosunkach międzynarodowych rzeczą nie tylko normalną, lecz wręcz wskazaną).
Kanclerz Angela Merkel opanowała w sposób mistrzowski sztukę lawirowania między pozorowaną dbałością o losy Unii Europejskiej a rzeczywistą troską o przyszłość Volkswagena, Bayera czy E.ON.
Kwestia gazociągu północnego tak naprawdę nigdy nie stała się przedmiotem ogólnoeuropejskiej debaty, choć budujące go koncerny, a także rządy Niemiec i Rosji, wielokrotnie podkreślały, że jest to inwestycja jak najbardziej europejska.
Interesy Siemensa produkującego pociągi dla szybkiej kolei Moskwa
– Petersburg są ważniejsze niż jakiekolwiek projekty infrastrukturalne w ramach Unii. A los Opla istotniejszy niż los polskich stoczni, które można by przecież uznać od biedy za część europejskiego przemysłu stoczniowego. Walka ze zmianami klimatycznymi? Bardzo szczytny cel, ale gdy Komisja Europejska chciała obniżyć limity emisji spalin dla nowo produkowanych aut, to właśnie niemiecki rząd do końca walczył o to, by ograniczenia nie nadwerężyły kondycji rodzimego przemysłu samochodowego.
Politykę zagraniczną naszego zachodniego sąsiada cechuje zdrowy pragmatyzm. Stąd też tak mocne zaangażowanie kanclerz Angeli Merkel w przeforsowanie traktatu lizbońskiego. Jego wejście w życie można by porównać do zdobycia wielomiliardowego kontraktu dla spółki Deutschland AG.
Najbliżsi partnerzy Niemiec w Unii Francuzi postępują w równie cyniczny, choć nieco mniej subtelny sposób. W ostatnim czasie największym ich wkładem w przyszłość Europy (i jednym z bardziej szkodliwych) było wyrzucenie z traktatu lizbońskiego sformułowania o wolnym rynku i nieskrępowanej konkurencji. Jeśli szukamy odpowiedzi na pytanie „kto rządzi w Unii”, to w tej sprawie na pewno należałoby zaliczyć punkt prezydentowi Sarkozy’emu.
Francuzi nigdy nie naciskaliby tak mocno na stworzenie wspólnej europejskiej polityki obronnej, gdyby nie byli współwłaścicielami Airbusa i gdyby nie produkowali myśliwców Rafale. Nigdy nie zaangażowaliby się z taką mocą w walkę z emisjami CO2, gdyby nie mogli zarobić na sprzedaży swoich reaktorów atomowych (niewykluczone, że trafią one także do Polski). I nigdy nie troszczyliby się tak bardzo o mechanizmy kontroli europejskich banków i funduszy, gdyby nie zamierzali dopiec Londynowi i nie chcieli stworzyć wielkiego centrum finansowego w Paryżu. Francuzi prowadzą także własną (bynajmniej nie unijną) politykę wobec Moskwy, podejmując niekiedy kroki zdumiewające: rok po wkroczeniu rosyjskich wojsk do Osetii Południowej i Abchazji postanowili sprzedać Rosjanom duży helikopterowiec klasy Mistral, który być może będzie patrolował… czarnomorskie wybrzeże Gruzji.
Polecam dalszą lekturę, LINK: http://www.rp.pl/artykul/420305_Kto_rzadzi_Unia_Europejska_.html
2 komentarze:
Aż ciśnie się na usta: w gazecie wyborczej tego nie przeczytasz... :)
Tak naprawdę każdy zdrowomyślący obywatel UE ma świadomość, że tak naprawdę cała unia polega na prowadzeniu własnych interesów... Gdyby poszerzenie UE nie ułatwiało dostępu do Polski i innych krajów z Europy Wschodniej jako rynków zbytu to raczej tego poszerzenia nie doświadczylibyśmy w 2004 roku.
Jednak czasami spotykam ludzi, tzw. euroentuzjastów, którzy wierzą w jedność europejczyków, taką idealną utopię... to piękne ale... nie ma nawet jednej wspólnej idei, która miałaby europejczyków połączyć... UE chce być bezideowa, ba, nawet wpisują to do dyrektyw! Także warto przypominać euroentuzjastycznym, że cały czas toczy się konflikt interesów. I przegranym można z całą pewnością nazwać kraj/kraje (np. Polska) które zamiast walczyć o swój kawałek tortu, robić interesy gdzie się da, żeby zapewnić byt, zbyt i dochody swoim obywatelom, zamiast tego wierzą w te swoje ideały...
A w tło tego wszystkiego wpisuje się nasz ciotowaty rząd z premierem na czele. Pozdrawiamy ich szczerze, niech palą trawę i się uśmiechają do kamer - to jedno im nieźle wychodzi, jak widać w sondarzach.
Prześlij komentarz